Notka Informacyjna

Strona internetowa jest prowadzona przez Parafię Rzymskokatolicką św. Rocha w Dąbrówce Górnej i jest przeznaczona wyłącznie do użytku wewnętrznego członków tej wspólnoty parafialnej.

 

"Panie, spraw łaskawie, aby został uleczony każdy, kto mnie w zaraźliwej chorobie wezwie o pomoc"

ŚW. ROCH

żył siedem wieków temu, w czasach, kiedy Europę Zachodnią często pustoszyły fale epidemii. Zasłynął jako opiekun zadżumionych, a po śmierci stał się patronem cierpiących na groźne choroby zakaźne. Choć w dzisiejszych czasach śmiertelne zarazy nie nawiedzają już naszego kontynentu, a na wiele niebezpiecznych chorób wynaleziono leki i szczepionki, Święty pozostaje patronem wszystkich umierających w opuszczeniu, bez sakramentów i bez życzliwej, współczującej obecności drugiego człowieka.

Pomaga też tym, których dotknęła plaga XX i XXI wieku - AIDS oraz choroby cywilizacyjne, także te duchowe (brak czasu dla Pana Boga i rodziny, utrata wiary, laicyzacja, zatracenie najważniejszych wartości). Jest także niebieskim protektorem lekarzy, aptekarzy, weterynarzy, więźniów i osób niewinnie oskarżonych.

Jako pielgrzym przemierzający drogi Europy św. Roch został uznany za patrona chroniącego europejskie tradycje regionalne i dziedzictwo kulturowe. Jest również orędownikiem w sprawie jedności chrześcijan. Natomiast w Polsce św. Roch zasłynął szczególnie jako patron chroniący od chorób i pomoru zwierząt hodowlanych i domowych.

PIELGRZYM W ŻEBRACZYCH SZATACH

Przyjmuje się, że św. Roch urodził się w czerwcu 1295 r. w portowym mieście Montpellier, na południu Francji. Jednak ani dzień, ani miesiąc, ani nawet rok narodzin i śmierci nie są do końca pewne. W dawnych wiekach przywiązywano wagę nie tyle do dat historycznych, co do pobożności, cudów oraz przejawów kultu świętych.

ZNAK SZCZEGÓLNY

Ojciec Rocha nosił imię Jan, a matka - Maria Liberia. Byli to ludzie zamożni. Niektóre źródła podają, że Jan był gubernatorem Montpellier. Małżonkowie długo czekali na potomka. Maria Liberia codziennie przychodziła przed obraz Matki Bożej, by prosić Ją o dziecko, które pragnęła wychować na chwałę Bożą. pewnego dnia usłyszała słowa: za wytrwałą modlitwę narodzi się wam syn na miarę twoich próśb. I rzeczywiście, wkrótce Maria Liberia urodziła chłopca. Od urodzenia był on naznaczony znakiem szczególnym: na piersiach miał czerwone znamię w kształcie krzyża. Rodzice nazwali go Rochem (od francuskiego słowa roche - skała).

OSTATNIE SŁOWA OJCA

Jan i Maria Liberia byli już w dość późnym wieku, gdy Roch przyszedł na świat. Kiedy chłopiec miał dwanaście lat, ojciec ciężko zachorował. czując zbliżającą się śmierć, wezwał syna, by przekazać mu ostatnią ojcowską naukę. Prosił go, aby nigdy nie pokładał nadziei w majątku, który odziedziczy, lecz jedynie w Bogu. Przykazał mu także, aby zawsze miał serce miłosierne dla słabych i ubogich. Roch wziął sobie do serca słowa umierającego rodzica. Siedem lat po odejściu ojca zmarła matka Rocha. W wieku dwudziestu lat został całkiem sam. Nic nie wiązało go już z rodzinnym miastem. Sprzedał wszystko, co odziedziczył po rodzicach, pieniądze rozdał ubogim i boso ruszył w pielgrzymkę do Rzymu na poszukiwanie swego powołania.

WŚRÓD ZADŻUMIONYCH

W drodze do Wiecznego Miasta Roch zatrzymał się w miejscowości Acquapendente, gdzie szalała dżuma. Miasteczko wyglądało jak wymarłe. W domach i na ulicach pełno było ciał zmarłych lub konających. Widząc cierpienie i opuszczenie zadżumionych, Roch zgłosił się do pomocy w szpitalu. Był jedynym człowiekiem - oprócz duchownych, którzy do posługi chorym byli zobowiązani charyzmatem bądź regułą zgromadzenia - który chciał dobrowolnie usługiwać ofiarom zarazy, narażając się na śmiertelne niebezpieczeństwo. On jednak w tej posłudze odkrył piękno służby Bogu w drugim człowieku, szczególnie tym najsłabszym. W nagrodę za heroiczną miłość bliźniego Bóg obdarzył Rocha łaską uzdrawiania.

ZARAZA W RZYMIE

Gdy epidemia w Acquapandente wygasła, Roch kontynuował swą pielgrzymkę do Rzymu. Po drodze nawiedził m.in. Asyż i Loreto. Gdy dotarł do celu podróży, Wieczne Miasto pustoszyła straszliwa zaraza. W tamtych czasach w Rzymie epidemie wybuchały nader często. Powodem był fatalny stan sanitarny miasta, ciepły klimat śródziemnomorski, zanieczyszczenie ściekami wód Tybru oraz ciągły napływ pielgrzymów z różnych stron świata. W mieście nie było nikogo, kto niósłby pomoc umierającym i grzebał umarłych. Kto mógł - uciekł. Roch znów jako jedyny podjął się opieki nad nieszczęśnikami. Modlił się z nimi i za nich, opatrywał rany, nosił lekarstwa. Wielu uzdrowił, błogosławiąc ich znakiem krzyża. Spędził w Rzymie trzy lata. Kiedy zaraza ustała, postanowił wrócić do Francji.

WODA I CHLEB

W drodze powrotnej zatrzymał się w mieście Placencja (wł. Piacenza), gdzie również szalała dżuma. Także i tutaj pielęgnował chorych, pocieszał, uzdrawiał. Pracował bez wytchnienia, aż wreszcie osłabiony i wyczerpany zaraził się "czarną śmiercią". Okazało się wtedy, że nie ma dla niego miejsca w szpitalu. ten, który przez całe życie ratował ofiary zarazy, został pozostawiony bez pomocy, gdy sam zachorował. Doczołgał się do lasu, gdzie znalazł opuszczoną chatkę i tam się schronił. Miał bardzo wysoką gorączkę i dręczył go straszny ból. Całkowicie pogodzony z wolą Bożą czekał spokojnie na śmierć. Jednak choć ludzie o nim zapomnieli, nie zapomniał o nim Bóg. Obok leśnej chatki wytrysnęło źródełko krystalicznej wody, która doskonale gasiła pragnienie. W chatce codziennie pojawiał się pies, przynosząc z pobliskiego miasta bochenek chleba.

NIEWDZIĘCZNE MIASTO

Właścicielem psa był bogaty mieszczanin imieniem Gotard. Po pewnym czasie zauważył on, że zwierzę codziennie porywa ze stołu chleb i ucieka z nim do lasu. Postanowił udać się jego tropem. Pies zaprowadził go do chatki Rocha. Gotard ze zdumieniem przekonał się, że opuszczonemu choremu żebrakowi tylko zwierzę okazało miłosierdzie. Zawstydzony tym odkryciem postanowił zaopiekować się nieszczęśnikiem. Pewnego dnia pies nie przyniósł do pustelni codziennej porcji chleba. Roch poprosił Gotarda, by przebrał się w jego szaty, dobrze znane mieszkańcom Placencji, i poszedł poprosić na ulicach miasta o chleb. Jednak serca ludzi nie były skore do jałmużny. Gotard przyniósł tylko dwa niewielkie bochenki. taką czarną niewdzięczność okazali mieszkańcy Rochowi za jego bezgraniczne poświęcenie podczas epidemii. Wkrótce Roch pod opieką Gotarda odzyskał zdrowie, a niewdzięczne miasto ponownie nawiedziła zaraza. Gdy wieści o dżumie dotarły do leśnej chatki, Roch bez zwłoki pospieszył z pomocą. Znów przemierzał ulice miasta, niosąc chorym dobre słowo i ulgę w cierpieniu. Troska o potrzebującego pomocy bliźniego była silniejsza od egoizmu i poczucia krzywdy. Kiedy zaraza ustąpiła, Roch pożegnał się z Gotardem, opuścił leśną pustelnię i udał się w drogę powrotną do Montpellier.

MILCZĄCY WIĘZIEŃ

Rochowi nie dane było jednak wrócić do rodzinnego miasta. Zaraz po przekroczeniu granicy francuskiej został wzięty za szpiega i wtrącony do więzienia (stosunki polityczne między Francją a Italią były wówczas dość napięte). Niektóre źródła podają, że nakaz aresztowania wydał wuj Rocha, który był sędzią lub burmistrzem przygranicznego miasteczka Angera w Lombardii. W wyniszczonym chorobą i ofiarną posługą ubogim pielgrzymie nikt nie rozpoznał syna wysokiego rodu. Aresztowany nie protestował i nie próbował udowodnić, że jest niewinny, milczał też na temat swej tożsamości. Potraktował to zdarzenie jako dopust Boży i okazję do pokuty. Został uwięziony w roku 1322. Nie miał wówczas jeszcze trzydziestu lat. Nie wyszedł już na wolność. Zmarł po pięciu latach pobytu w lochu.

PIĘĆ LAT W LOCHU

Być może Roch bez trudu mógłby wykazać przed sądem swą prawdziwą tożsamość, ujawnić, że jest synem niegdysiejszego rządcy Montpellier. On wybrał jednak dobrowolne cierpienie. Zamknięto go w ciemnym, zimnym, wilgotnym lochu, pełnym brudu, szczurów i robactwa. Za towarzyszy miał groźnych złoczyńców, nie jeden raz pastwiących się nad współwięźniem, który był inny: nie przeklinał, nie grał w karty, niewiele mówił o sobie. Przez cały pobyt w więzieniu nieustannie modlił się, praktykował post i dziękował Bogu za każdą okazję do pokuty i umartwienia. Po pięciu latach życia w skrajnie niekorzystnych dla zdrowia warunkach, wyniszczony okrutnymi śledztwami, poważnie zaniemógł. Bóg oznajmił mu wówczas przez anioła, że jego ziemska pielgrzymka dobiega kresu, a dusza przez przyjęte cierpienie jest bliska całkowitemu oczyszczeniu. Wiedząc o zbliżającej się śmierci, Roch poprosił więziennego dozorcę o kapelana, by przygotować się na przejście do wieczności. Wyspowiadawszy się i przyjąwszy Wiatyk, odszedł spokojnie do Pana 16 sierpnia 1237 r. Miał wówczas zaledwie 32 lata.

ODKRYCIE PRAWDY

Kiedy przygotowywano ciało więźnia do pochówku, na jego piersi odkryto charakterystyczne czerwone znamię kształtem przypominające krzyż. Wówczas przypomniano sobie, że taki sam znak szczególny miał syn gubernatora Montpellier. W ten sposób wyszło na jaw, że pokorny i milczący więzień nie był szpiegiem, a kara, którą mu wymierzono, była niezasłużona. Ciało Rocha złożono początkowo w kościele katedralnym w Montpellier. Później wzniesiono kościół pod jego wezwaniem i tam po kanonizacji przeniesiono relikwie. Cząstki św. Rocha otrzymało wiele europejskich kościołów i klasztorów.

 

"Nasza Arka", Miesięcznik Rodzin Katolickich, R.2011, nr 6